Lalka lektura jest powieścią obyczajową do bólu, której nie trzeba bronić, gdyż broni się sam, a co więcej, sam atakuje, ukazując nam pasję, moc i serce tak wielkie, że mogło by ogarnąć całe nieszczęście świata, spętane miłością niszczącą i wyniszczającą, miłością, która obcina włosy Samsona i powala olbrzyma. Lalka to książka o upadku i podniesieniu się z niego, to przypowieść o tym, co może przydarzyć się kiedy rozum śpi…

Postacie krwiste jak befsztyk

Jakież to są postacie! Począwszy od tych pierwszoplanowych – Stanisława Wokulskiego, Rzeckiego, Izabeli Łęckiej, a na drugim planie i trzecim kończąc. Jak dużo w nich życia, ile prawdy. Cała klasa magnacka, cień tej dawnej,  skalana zaborami i śmieszna ze swoim dętym patriotyzmem, nastawiona na przetrwanie, ale i tak flekujaca nuworyszy i pusząca się wyliniałym  puchem. Istny majstersztyk opisowy! Dalej subiekci i owi właśnie nuworyszy,  baronowe nie z urodzenia ale z zamążpójścia, bezczelni studenci i smutne prostytutki, nadwiślańska biedota i jej slumsy. Wreszcie cały świat żydowskich interesów ze starozakonnymi – robiącymi swoje “geszefty” i Żydami spolszczonymi, idącymi nowymi drogami kapitału. Ileż w tym wszystkim dziewiętnastowiecznej prawdy i niezwykłego koloru epoki.

Hołd dla ślepej miłości

Nic dodać, nic ująć. Tak to właśnie Prus ułożył, cyzelując tą miłość Wokulskiego do Łęckiej, obracając ją w swoich pisarskich palcach, dopracowując w najmniejszym szczególe. I mimo, że z zimnym, niemal reporterskim realizmem ukazuje jej absurd i pełną anatomię upadku, to jednak w jakiś sposób składa jej hołd, tak jak składa się go wojownikowi, który padł od zabłąkanej kuli. Wokulski jest prowadzony jako postać szukająca celu, człowiek z przeszłością, także patriotyczną, który walkę o niepodległość porzucił dla budowania własnej potęgi. W końcu obłaskawiony przez carat, zapada się weń, gubiąc prawdziwy cel, tak jak gubi się bojkę ratunkową, której linka, nagle zsuwa się z dłoni. Kiedy udaje mu się wreszcie wypłynąć na powierzchnię, czeka tam już na niego Łęcka. 

Po czterdziestce człowiek ma…

…trochę z osła, trochę z lwa, chciałoby się zanucić. Ale tak właśnie mają się sprawy z Wokulskim. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że dopadł go kryzys wieku średniego. Ale to nie do końca prawda. Bolesław Prus ukazał nam w swojej książce wiwisekcję utraty celu w życiu. Kiedy nie można już walczyć o wolność, Wokulski idzie w biznes, najpierw się bogato żeniąc (nie, nie z Łęcką), a później, gdy zostaje młodym, bogatym wdowcem, inwestuje pieniądze w interesy z carską armią. Cały czas czuje jednak pustkę, zaś Łęcka, ta ówczesna celebrytka, zimna jak stal i piękna jak gwiazda filmów dla dorosłych (ot, licencja poetyka, w czasach pani Izabeli nie znano jeszcze filmów), wydaje się dla Wokulskiego idealnym celem i wyzwaniem. Chciałoby się napisać, że panna Izabella zastawiła na Wokulskiego idealne sidła, ale to nieprawda, rzeczony, sam je na siebie zastawił!

Prus jak London


W postaci Stanisława Wokulskiego odnajduję jakąś analogię do Marina Edena. Obaj, wielkim wysiłkiem, wynoszą się ponad przeciętność. Dla obu inspiracją jest kobietą, która zamiast zapalić tą ostatnią, największą gwiazdę miłości, doprowadza ich do upadku. Edenowi się nie udaje, A Wokulski? Przeczytajcie, to się dowiecie!